Wczoraj wieczorem czułem się bardzo zaciekawiony, kiedy wracałem o pierwszej w nocy do hostelku. Albowiem nie dość, że miałem spać w pokoju z tajemniczą nieznajomą panią, o której wiedziałem tyle, że czyta Harrego Pottera (po angielsku, oczywiście) oraz, że mówi po angielsku i jest z Portugalii (tak mi powiedzieli w recepcji), to jeszcze ta tajemnicza podróżniczka, której zachęcający obraz wymyślony w mojej przerośniętej wyobraźni robił absolutnie niesamowite wrażenie, miała przebywać ze mną w pokoju 69.
Rzeczywistość okazała się bardziej przyziemna.
Pani owszem, była, ale nie z Portugalii, tylko z Polski, o czym się dowiedziałem z niemałym zaskoczeniem, kiedy po 5 minutach gadania po angielsku powiedziała “Ty z Krakowa? No to możemy po polsku”. Jej obraz też odbiegał od tego, który sobie moja wyobraźnia namalowała, czego raczej się spodziewałem znając brak umiaru, rozsądku i realizmu mojej wyobraźni. Niemniej jednak to całkiem miła osoba i pogadałbym sobie z nią dłużej, gdyby nie to, że usnąłem w połowie konwersacji.
Poprzedniego dnia natomiast, zdaje się, że był to wtorek (gubię się strasznie w dniach tygodnia ostatnio) spotkało mnie inne zdarzenie, które zaowocowało degustacją nie znanych mi wcześniej rodzajów trunków, z których najbardziej zapadł mi w pamięć oraz krwioobieg Long Island Ice Tea.
Siedziałem albowiem w rynku tworząc poprzedni wpis, kiedy to nagle wbiła się do spokojnego ogródka baru PRL grupa głośnych ludzi płci męskiej. Brytyjczycy - myślę sobie ucieszony, jako że polski sposób zachowania ogródkowego jest dla mnie zdecydowanie zbyt nudny. Tak więc podczas gdy Polacy siedzieli nad piwem cicho i spokojnie niczym dobrze wytresowane pudelki, nowi turyści zachowywali się, jakby to życie, świat i piwo było dla nich, a nie odwrotnie, jak porządny Polak rozumuje. Ta różnica w podejściu jest wyraźna i występuje powszechnie np. w Anglii. Dlatego na przykład przeciętny Anglik w pubie drze się, brudzi, rozlewa i rzuca papierki na podłogę, zaś dla wytresowanego Polaka czy Niemca takie rzeczy są nie do pomyślenia. Bo Anglik hołduje zasadzie, że rzeczy są dla niego, a nie on dla rzeczy. Polak odwrotnie - “szanuje” rzeczy, co już bez cudzysłowia oznacza, że rzeczy są ważniejsze niż ludzie.
Tak czy owak grupka wlazła do PRLu niczym tajfun i od razu ich polubiłem. I coraz trudniej mi się było skupić na pisaniu, bo tamci zaczęli się cieszyć z mima, który chodził po ulicy za ludźmi i przedrzeźniał ich sposób chodzenia. Polacy oczywiście też rzucali ukradkowe spojrzenia na ulicę i uśmiechali się zdawkowo, jako że nie wypada inaczej. Tamci zaś rechotali, oczywiście, na całe gardło.
W końcu, jak już wiecie z poprzedniego wpisu, laptop mi się przegrzał. Siedziałem więc nad nim, po raz pierwszy chyba w tej podróży nudząc się krzynę, ale trwało to krótko, bo wesoła grupka rzekła do mnie “how about a little break?” No to zrobiłem sobie little break i poszedłem do nich, bo co 10 osób to nie jedna.
Nie byli to brytyjczycy, tylko duńczycy, co mnie trochę zdziwiło, bo gadali między sobą sporo po angielsku. Po angielsku gada tam każdy. Nawet ten, który mówił po anglsku najsłabiej, komunikował się zupełnie swobodnie. Powiedzieli mi to, co z resztą już wcześniej wiedziałem, że ze wszystkich krajów, w których byli, w Polsce jest najgorzej z angielskim (nie byli w Rosji ani na Ukrainie). Usiłowałem z początku im jakoś wyjaśnić to tajemnicze zjawisko, bo w Danii angielskiego uczą się wszyscy w szkole tak samo przecież jak i w Polsce, więc jak to możliwe, że w Danii każdy gada swobodnie, a w Polsce jest taka tragedia. Po paru próbach wyjaśnienia tego zjawiska, stwierdziłem, że sam tego nie rozumiem, a każde wytłumaczenie, które przychodziło mi do głowy, jest wysoce niepochlebne dla Polaków, zwłaszcza młodych. Więc dałem spokój.
Oczywiście mam nagranie video wesołej kompanii, ale z powodu awarii laptopa pojawi się ono w czasie bliżej nieokreślonym. Ale pojawi się na pewno, bo nagranie to jest przekonującym dowodem na to, że gdyby ktoś kiedyś chciał ze mną podróżować, to na pewno nie będzie się nudził. Z drugiej strony jest ostrzeżeniem dla ludzi pragnących nade wszystko świętego spokoju, żeby ze mną jednak nie podróżowali (tylko z jakimś biurem podróży na przykład).
Chciałem jeszcze napisać o tym, jak przedwczoraj poszedłem do Irish Pubu, gdzie odbywało się Karaoke i pierwszy raz w życiu z niego skorzystałem. Możliwe, że był to wpływ Guinessa. Jako, że wszyscy śpiewali piosenki na poziomie (głównie zagraniczne) i to naprawdę profesjonalnie (Polak musi się pokazać, wiadomo) zirytowany już lekko tym, że w tym kraju ludzie traktują się tak cholernie poważnie, postanowiłem zaśpiewać “Och Ziuta”, co też i uczyniłem, z czego nawet mam nagranie. Ale go jeszcze nie słuchałem i pewnie nie posłucham. Boję się.
Tak więc, miałem o tym opowiedzieć, ale nie opowiem, bo jadę zapolować na jakieś urządzenie, które by mi umożliwiło pisanie książki w trakcie podróży. Myślę tu o palmtopie z dołączaną klawiaturką. No zobaczymy. To jadę.
Niech wam Polska lekką będzie!