No. 30-dniowa podróż się skończyła, ale co jakiś czas będzie mi się po niej odbijać tym, co miałem jeszcze opowiedzieć, zrobić lub napisać, a gdzieś po drodze mi wyleciało z głowy.

Pierwszą rzeczą są pozdrowienia dla maxi-skuterzystów z forum Burgmania z którymi zetknąłem się nieplanowanym zbiegiem okoliczności, który - jak powiada film “Interstate 60″ - był nieunikniony i musiał się zdarzyć. Starsi bracia skuterzyści dopingowali mnie mocno, co bardzo doceniam.

Oto wątek o mnie na forum Burgmanii - warto rzucić okiem.

Po drugie, dziękuję Śląskiemu Klubowi Skuterowemu. Nie znam ich strony, bo nie podali w SMSie. Całkiem możliwe, że chodzi o http://www.skutery.slask.pl, ale ciężko powiedzieć, bo strona chwilowo nie działa.

I po trzecie, analogiczne pozdrowienia dla klubu CK Skutery Kraków. Chyba się do nich zapiszę, bo why not? Chyba, że trzeba płacić składki. Wtedy się zastanowię. W każdym razie należą się brawa ode mnie wszystkim tym, którzy mnie w podróży dopingowali. Chłopakom piwo, a dziewczynom buzi. Lub odwrotnie. Nie, chociaż nie. Odwrotnie nie.

Oto ich wątek o mojej podróży. Jest ubogi, ale jest.

Jeszcze raz dziękuję wam wszystkim!

To jest ostatni, zaległy odcinek relacji z podróży Born To Be Wild Tour 2007! To był sam początek podróży, a pojawia się na samym końcu. Tak to w życiu bywa.

Na SLOTcie było ponad 5000 osób, dużo namiotów, warsztatów, koncertów, jeden gość (były gej) mówił w ciekawy sposób wykłady, a ja próbowałem nauczyć się machać poikami. Ogólnie całkiem wesoła impreza dla kreatywnych ludzi. Przewaga kultury dredowo-regowo-bębenkowej oraz przedstawicieli pokolenia GG.

icon for podpress  Online Video: Download

To już koniec podróży! W tym odcinku: mowa pożegnalna oraz parę migawek z Zakopanego, Krakowa i jeszcze jednego miejsca, gdzie ładnie pachnie. Poza tym jeszcze taniec belgijski oraz historyjka o najgorszej potrawie na świecie.

A w poniedziałek 20 sierpnia zapraszam do Koczowiska - przez godzinkę będę opowiadał na żywo o podróży skuterem dookoła Polski. Przyjdźcie posłuchać, poczatować i podzwonić przez Skype!

Poniedziałek, 20 sierpnia, od 22:00. Na stronie www.koczowisko.com!

icon for podpress  Online Video: Download

Tak, dojechałem. Veni, vidi, vici, jak powiedział inny człowiek, który też robił, to co sobie postanowił, a nie tylko gadał.

Ciekawa rzecz, zauważam u siebie zupełnie nieoczekiwane następstwa przejechania ponad 3 tysięcy kilometrów w ciągu miesiąca. Na przykład odkryłem, że o wiele łatwiej mi przychodzi próbowanie nowych rzeczy, zamiast trzymanie się starych i wypróbowanych. W szczególności jeżeli chodzi o jedzenie. I dzwonię więcej. Mimo, że podróż była samotna, uzależniłem się znowu od ludzi i brakuje mi kontaktu.

Teraz jadę na tydzień do Zakopanego - taki epilog do całej historii. Ale nie uciekajcie, będzie jeszcze co najmniej jeden videocast. A na razie zaszywam się w Zakopanym - jeżeli ktoś z was zbiegiem okoliczności też tam będzie, to z dziką radością proponuję się spotkać!

Ostatnim etapem podróży był Czchów. Okazało się, że objawiła się tam ostatnio Matka Boska Czchowska. Możecie ją zobaczyć z bliska na filmie.

Pozdrawiam was, moi przyjaciele, których od 1994 roku poznałem na obozach International Messengers w Czchowie. Kocham was niezmiennie i wam dedykuję ten odcinek i piosenkę Johny’ego Casha.

Love burns like a ring of fire. And let it burn, baby, let it burn! What’s what it’s all about…

icon for podpress  Online Video: Download

Kolejny videocast z trasy! Chociaż podróż właśnie się zakończyła jeszcze jest parę rzeczy do zobaczenia i posłuchania. I to właśnie jedna z nich.

W tym odcinku o zajeździe pełnym szlachetnego jadła i nieszlachetnej muzyki, o miejscu, skąd się wzięły Harley’e, o tym jak się jedzie za ciągnikiem ciągnącym jakieś kolce i mowa znad Wieśmaka w Toruniu.

A w następnym odcinku pokażę wam Matkę Boską Czchowską!

icon for podpress  Online Video: Download

A tak było w Hajnówce. Hajnówka znajduje się zaraz przy Puszczy Białowieskiej i jest to pierwsze miejsce od tygodni, gdzie nie słychać na ulicach niemieckiego. Za to słychać ruski akcent a la Kononowicz. Tylko silniejszy. W sumie taki a la “Radio Chlew”, które z resztą pochodzi z tamtych okolic.

W Hajnówce akurat był festyn, finał konkursu piosenkowego i koncert Dżemu. Za darmo. Poza tym poznałem parę osób, które polubiłem bardzo. Pozdrawiam Miszę, Asię siostrę Miszy, Kaję dziewczynę Miszy, i Basię… a kim w ogóle jest Basia? Nie wiem. Ale zobaczycie ją na filmie.

icon for podpress  Online Video: Download

Chaotyczny skrót wydarzeń z mojego pobytu w Bagienicach Nowych. Byłem tam o wiele dłużej niż planowałem, ale za to książka posunęła się (za przeproszeniem) do przodu. Pozwólcie, że się szybko zareklamuję: www.teoria.pl - powieść on-line za darmo. Po reklamie.

Z ciekawszych wydarzeń: widziałem Piknik Country, duże ilości motocykli, Wilczy Szaniec, gdzie mieszkał sobie Hitler, Świętą Lipkę, gdzie Jezuici trzepią grubą kasę - dużo Niemców, którzy spędzają spokojny czas na emeryturze. Gość, który był moim sąsiadem był bardzo miłym panem, aczkolwiek nie wiem czy jest typowym reprezentantem Niemca-emeryta. Pił 17 piw dziennie (nie żartuję), mówił świetnie po angielsku, mówił bardzo podobnie jak Tewje Mleczarz ze “Skrzypka na dachu” i bardzo często mówił “who cares“.

icon for podpress  Online Video: Download

Długo się odzywałem, fakt. Ale oto spóźniona relacja z kolejnego kawałka podróży oraz z miejsca, gdzie starałem się przetrwać zimno i deszcz spędzając pożytecznie czas na pisaniu dalszej części Teorii Portali. Śmiem twierdzić, że wyszło mi to całkiem fajnie. Czasem nawet sam siebie rozśmieszam tym, co piszę. Myślałem, że to niemożliwe (tak jak np. wyciągnięcie się samemu z wody), ale ponownie okazuje się, że są na tym świecie rzeczy, o jakich się nie śniło pijanym w trzy dupy pisarzom powieści fantastycznych.

icon for podpress  Online Video: Download

A oto krótka relacja z Helu. Dopłynąłem na sam koniec świata, hurra!

Może trudno w to uwierzyć, ale dopiero teraz mam dostęp do internetu. Pogoda uwięziła mnie w Bagiennikach Nowych (albo: Małych, albo: Wielkich, nie pamiętam), gdzie szczęśliwie znalazłem idealne miejsce do pisania książki. I tak nic innego się nie dało robić przy takiej pogodzie.

Dziś pogoda odpuściła, i najwyższy czas, bo zaczynałem dostawać depresji. Pojechałem więc radoście 50 km dalej, żeby skorzystać z jedynej, o jakiej wiem kafejki internetowej. Znajduje się ona w Giżycku.

icon for podpress  Online Video: Download

Podcast spod Neptuna w samym środku Gdańska. Podsumowanie pierwszej połowy podróży i wiele różnych innych dygresji.

icon for podpress  Standard Podcast [13:32m]: Download

O tym, jak pobyt w Sarbinowie dobił mnie psychicznie, jak to wyglądało i co z tego wynikło.

icon for podpress  Online Video: Download

Skrót dźwiękowy mojego pobytu we Wrocławiu: Duńskie łamańce językowe, duńska piosenka, pani z pokoju 69, Martin śpiewający Karaoke w barze, kawał i inne rzeczy. Jako, że straciłem wraz z przegrzanym laptopem wszystkie czołówki, podkłady itp. nagranie mniej profesjonalne niż zazwyczaj. Przy okazji - jeżeli ktoś ma czołówkę/podkład, który mógłbym użyć w podcastach w dalszej części podróży niechaj wyśle mi je mailem - będę wdzięczny niewymownie!

icon for podpress  Standard Podcast [4:22m]: Download

Ok, spowrotem na trasie! Mam komputer, mam aparat, mam baterię i mogę znów robić relacje! Nie odchodźcie daleko, wpadajcie, piszcie komentarze i radujcie mą duszę SMSami! To naprawdę fajna rzecz, kiedy się jeździ samemu przez Polskę.

Numer: 790-539-324

Wysłałem już trochę widokówek, piszcie, czy doszły. A jak dobrze pójdzie, dziś zobaczę morze!

Różne fragmenty podróży. Między innymi mycie szyb na stacji benzynowej, dwa bociany, dramatyczna przeprawa przez Puszczę Notecką oraz dwie zagubione laski.

icon for podpress  Z Wrocławia do Czaplinka: Download

To jest krótki filmik obrazujący, co się dzieje kiedy zostawić Martina samego na parę godzin na rynku we Wrocławiu. Zalecana znajomość angielskiego.

icon for podpress  Tak się bawią, tak się bawią Duń-czy-cy!: Download

Wczoraj wieczorem czułem się bardzo zaciekawiony, kiedy wracałem o pierwszej w nocy do hostelku. Albowiem nie dość, że miałem spać w pokoju z tajemniczą nieznajomą panią, o której wiedziałem tyle, że czyta Harrego Pottera (po angielsku, oczywiście) oraz, że mówi po angielsku i jest z Portugalii (tak mi powiedzieli w recepcji), to jeszcze ta tajemnicza podróżniczka, której zachęcający obraz wymyślony w mojej przerośniętej wyobraźni robił absolutnie niesamowite wrażenie, miała przebywać ze mną w pokoju 69.

Rzeczywistość okazała się bardziej przyziemna.

Pani owszem, była, ale nie z Portugalii, tylko z Polski, o czym się dowiedziałem z niemałym zaskoczeniem, kiedy po 5 minutach gadania po angielsku powiedziała “Ty z Krakowa? No to możemy po polsku”. Jej obraz też odbiegał od tego, który sobie moja wyobraźnia namalowała, czego raczej się spodziewałem znając brak umiaru, rozsądku i realizmu mojej wyobraźni. Niemniej jednak to całkiem miła osoba i pogadałbym sobie z nią dłużej, gdyby nie to, że usnąłem w połowie konwersacji.

Poprzedniego dnia natomiast, zdaje się, że był to wtorek (gubię się strasznie w dniach tygodnia ostatnio) spotkało mnie inne zdarzenie, które zaowocowało degustacją nie znanych mi wcześniej rodzajów trunków, z których najbardziej zapadł mi w pamięć oraz krwioobieg Long Island Ice Tea.

Siedziałem albowiem w rynku tworząc poprzedni wpis, kiedy to nagle wbiła się do spokojnego ogródka baru PRL grupa głośnych ludzi płci męskiej. Brytyjczycy - myślę sobie ucieszony, jako że polski sposób zachowania ogródkowego jest dla mnie zdecydowanie zbyt nudny. Tak więc podczas gdy Polacy siedzieli nad piwem cicho i spokojnie niczym dobrze wytresowane pudelki, nowi turyści zachowywali się, jakby to życie, świat i piwo było dla nich, a nie odwrotnie, jak porządny Polak rozumuje. Ta różnica w podejściu jest wyraźna i występuje powszechnie np. w Anglii. Dlatego na przykład przeciętny Anglik w pubie drze się, brudzi, rozlewa i rzuca papierki na podłogę, zaś dla wytresowanego Polaka czy Niemca takie rzeczy są nie do pomyślenia. Bo Anglik hołduje zasadzie, że rzeczy są dla niego, a nie on dla rzeczy. Polak odwrotnie - “szanuje” rzeczy, co już bez cudzysłowia oznacza, że rzeczy są ważniejsze niż ludzie.

Tak czy owak grupka wlazła do PRLu niczym tajfun i od razu ich polubiłem. I coraz trudniej mi się było skupić na pisaniu, bo tamci zaczęli się cieszyć z mima, który chodził po ulicy za ludźmi i przedrzeźniał ich sposób chodzenia. Polacy oczywiście też rzucali ukradkowe spojrzenia na ulicę i uśmiechali się zdawkowo, jako że nie wypada inaczej. Tamci zaś rechotali, oczywiście, na całe gardło.

W końcu, jak już wiecie z poprzedniego wpisu, laptop mi się przegrzał. Siedziałem więc nad nim, po raz pierwszy chyba w tej podróży nudząc się krzynę, ale trwało to krótko, bo wesoła grupka rzekła do mnie “how about a little break?” No to zrobiłem sobie little break i poszedłem do nich, bo co 10 osób to nie jedna.

Nie byli to brytyjczycy, tylko duńczycy, co mnie trochę zdziwiło, bo gadali między sobą sporo po angielsku. Po angielsku gada tam każdy. Nawet ten, który mówił po anglsku najsłabiej, komunikował się zupełnie swobodnie. Powiedzieli mi to, co z resztą już wcześniej wiedziałem, że ze wszystkich krajów, w których byli, w Polsce jest najgorzej z angielskim (nie byli w Rosji ani na Ukrainie). Usiłowałem z początku im jakoś wyjaśnić to tajemnicze zjawisko, bo w Danii angielskiego uczą się wszyscy w szkole tak samo przecież jak i w Polsce, więc jak to możliwe, że w Danii każdy gada swobodnie, a w Polsce jest taka tragedia. Po paru próbach wyjaśnienia tego zjawiska, stwierdziłem, że sam tego nie rozumiem, a każde wytłumaczenie, które przychodziło mi do głowy, jest wysoce niepochlebne dla Polaków, zwłaszcza młodych. Więc dałem spokój.

Oczywiście mam nagranie video wesołej kompanii, ale z powodu awarii laptopa pojawi się ono w czasie bliżej nieokreślonym. Ale pojawi się na pewno, bo nagranie to jest przekonującym dowodem na to, że gdyby ktoś kiedyś chciał ze mną podróżować, to na pewno nie będzie się nudził. Z drugiej strony jest ostrzeżeniem dla ludzi pragnących nade wszystko świętego spokoju, żeby ze mną jednak nie podróżowali (tylko z jakimś biurem podróży na przykład).

Chciałem jeszcze napisać o tym, jak przedwczoraj poszedłem do Irish Pubu, gdzie odbywało się Karaoke i pierwszy raz w życiu z niego skorzystałem. Możliwe, że był to wpływ Guinessa. Jako, że wszyscy śpiewali piosenki na poziomie (głównie zagraniczne) i to naprawdę profesjonalnie (Polak musi się pokazać, wiadomo) zirytowany już lekko tym, że w tym kraju ludzie traktują się tak cholernie poważnie, postanowiłem zaśpiewać “Och Ziuta”, co też i uczyniłem, z czego nawet mam nagranie. Ale go jeszcze nie słuchałem i pewnie nie posłucham. Boję się.

Tak więc, miałem o tym opowiedzieć, ale nie opowiem, bo jadę zapolować na jakieś urządzenie, które by mi umożliwiło pisanie książki w trakcie podróży. Myślę tu o palmtopie z dołączaną klawiaturką. No zobaczymy. To jadę.

Niech wam Polska lekką będzie!

Tak naprawdę to na początku był pomysł, żeby jechać. Ale przed pomysłem była inspiracja (bo przecież nie jestem pierwszy). A przed inspiracją była potrzeba odreagowania, bo rutyna życia zabija. A przed tym był raj i było fajnie. A potem jakaś baba stwierdziła, że jak ludzie są szczęśliwi, nic im się złego nie dzieje i to wszystko tylko za cenę przestrzegania tylko jednej zasady, to jest zdecydowanie za nudno. Zeżarła o jedną rzecz za dużo i wszystko szlag trafił. A potem było już tylko gorzej. A teraz

Ale koniec filozoficznych pierdół, parę słów prostym tekstem.

Najpierw powiem gdzie jestem: siedzę w ogródku knajpy o nazwie “PRL” na runku we Wrocławiu. Nie jest łatwo znaleźć miejsce w Polsce, gdzie jest jednocześnie darmowy internet (WiFi), gniazdko z prądem i piwo.

Jak widzę po komentarzach, niektórzy nie za bardzo rozumieją jak wygląda taka podróż i jak trudno robić z niej relację. Spróbujcie się wczuć. Dostęp do internetu jest czymś oczywistym, jak się mieszka w jednym miejscu i ma dowolną ilość czasu, ale jak się podróżuje przez zadupia południowej Polski z mieszkaniem na plecach (jak ślimak) i motorkiem, którego się nie da schować do walizki wszystko robi się trochę bardziej skomplikowane. Z plecakiem nie da się swobodnie chodzić, więc trzeba się gdzieś rozładować. Ale jak się rozładujesz, przestajesz być mobilny. Żeby wypić sobie piwo, trzeba najpierw zaparkować gdzieś motor - wtedy już w ogóle nie jesteś mobilny. Jak jeździsz zadupiami to jest ciekawie, ale internetu brak. Jak jedziesz przez duże miasto to jest internet, ale znowu mało ciekawie, drogo i tracisz dużo czas. A jak mieszkasz pod namiotem to nawet prądu nie ma. Dlatego relacje przychodzą z opóźnieniem - nie ma rady.

Poza tym wszystkimi podróżuję przecież sam, co w dużym stopniu utrudnia życie, bo w dwójkę wszystko robi się łatwiej, szybciej i lepiej. Chociaż właściwie ludzi dookoła mnie pojawia się jak do tej pory dużo, co mnie cieszy niewymownie. Często pojawiają się zupełnie niespodziewanie i nieoczekiwanie, jakby popchnięci ręką Boga specjalnie po to, żeby mi pomóc. To jest chyba najlepsze, co mnie spotyka w tej podróży, jako że poznawanie ludzi jest dla mnie o wiele ciekawsze, przyjemniejsze i bardziej wartościowe niż oglądanie przyrody i budynków. Ludzie są tym, co jest najbardziej istotne w tym świecie.

(…)

W dniu kiedy pisałem tekst powyżej był wtorek, 16 lipca i żar się lał z nieba. Ten ostatni czynnik stał się zapewne przyczyną tego, że laptop mi się przegrzał. Objawy: nie daje się uruchomić. Piszczy tylko: jeden pisk, potem cztery piski, potem znów jeden. To na pewno coś znaczy, ale nie rozmawiam po laptopiemu, więc nie wiem. Tak czy inaczej laptop nie działa i działać nie będzie. Dziś, kiedy to piszę, jest czwartek, 18 lipca i pogoda raczej parszywa.

Nie ma co owijać w bawełnę: awaria laptopa oznacza koniec relacji video - nie mam na czym ich składać w trakcie podróży.

Jestem ciągle we Wrocławiu i będę tu jeszcze dziś i jutro. Miejmy nadzieję, że pogoda do tego czasu się naprawi. Przy okazji: znalazłem sobie ciekawe miejsce do spania: hostel Dizzy Daisy. Dokwaterowano mnie (na moje życzenie z resztą) to dwuosobowego pokoju z jedną panią. Pani ponoć mówi po angielsku i pochodzi z Portugalii czy skądś. Z resztą wszystko mi jedno skąd - dobrym towarzystem nie pogardzę.

W międzyczasie zdarzyło się sporo niebanalnych i ciekawych rzeczy, ale o tym później. Muszę kończyć, bo ludzie czekają na zwolnienie komputera.

Wish me luck, friends!

Zlepki nagrań z pierwszego dnia. Przestawiam: siebie, skuter, Kubę z Trzebini, kawę z Oświęcimia, Mosznę i bar w Otmuchowie, gdzie wraz z połową wsi Ligota oglądałem mecz Polska-Francja (Polska wygrała).

icon for podpress  Online Video: Download

Zimno, wieje, tiry i dziury. Czyli dzień pierwszy.

icon for podpress  Standard Podcast [2:42m]: Download

W ostatnim dniu przed wyjazdem załatwiałem sporo rzeczy, głównie papierowych. Postanowiłem znów, że ponagrywam coś, wideo jakieś zrobię, i może pokażę stos rzeczy, które ze sobą biorę. Bo niektóre ciekawe są.

(more…)

icon for podpress  Ostatni dzień przed wyprawą: Download

Akcja “widokówka”!

WidokówkiAkcja polega na tym, że wysyłam ludziom widokówki z podróży. Chcesz widokówkę? Napisz! Wyślij mail, SMSa albo zadzwoń i daj mi swój adres, a ja ci wyślę widokówkę z tych miejsc, które będę mijał podczas wyprawy.

Co ja z tego mam?

Nic. A co mam mieć?

Więc po co to robię?

A bo ja wiem? Przyszła mi taka fantazja, to robię. A po co w ogóle włóczę się skuterem po Polsce? Też bez żadnego wymiernego sensu. A może taka widokówka obudzi w kimś tęsknotę do życia, w którym się nie planuje, nie oblicza, nie zastanawia co się opłaca a co nie, tylko po prostu żyje? Poza tym to bardzo miłe dostać widokówkę. Ja lubię, może inni też lubią?

Namiary na mnie można znaleźć na stronie kontakt. No to czekam na chętnych!

Jeszcze tylko dziś i jutro i jadę! Im mniej do 10 lipca, tym bardziej się zaczynam stresować. Tym się właśnie różni teoria od praktyki, gadanie od czynów, planowanie od wykonania. I dobrze - trzeba w końcu jakoś rozróżniać dzieci od mężczyzn, nie?

W tym odcinku podcastu podróżnego mówię o zdenerwowaniu, o tym, co już przygotowałem, a co nie, o Masie Krytycznej oraz o akcji widokówka!

Jak zwykle mało profesjonalnie i jak zwykle na bieżąco.

icon for podpress  Standard Podcast [15:07m]: Download

Z pobieżnych obliczeń nad kalendarzem urodził mi się w głowie pierwszy termin wyjazdu: wtorek, 10 lipca 2007. Zostało niedużo czasu na przygotowania. Pomyślałem, że może zrobię sobie listę potrzebnych rzeczy.

Lista potrzebnych rzeczy (na zielono to co mam przygotowane, na czerwono to, czego nie mam):

  • Skuter
  • Plecak
  • Namiot
  • Śpiwór
  • Laptop
  • Dyktafon
  • Mikrofon podróżny do dyktafonu
  • Walther CP-88 z zapasem gazu i śrutu
  • Nóż
  • Aparat fotograficzny
  • Komórkę
  • Latarka
  • Zestaw śrubokrętów i kluczy
  • Mapa Polski
  • Flaga Jolly Roger
  • Żerdź do flagi
  • Tabliczka z napisem informującym kierowców o tym skąd, gdzie i po co jadę
  • Sznurek
  • Zapalniczka “fire-blazer”
  • Ze dwie książki
  • Zestaw wytrychów (tak na wszelki wypadek)
  • Fajka i ziele fajkowe

Jeżeli przychodzi ci do głowy coś, co powinienem mieć w czasie podróży - napisz w komentarzu!

Skuterzyca wróciła z serwisu, gdzie pan mechanik grzebnął jej w bebechach i powymieniał to i owo. Pomyślałem: a, przejadę się kawałek. Pojechałem ze 30 kilometrów za Kraków gdzie odkryłem, że świat jest zielony i błękitny. W Krakowie jakoś się o tym zapomina bo jakimś czasie, bo Kraków jak każde duże miasto jest w kolorze betonu i asfaltu.

Zrobiłem krótki filmik z jazdy próbnej - videocast. Przy okazji uświadomiłem sobie, że nie wiem jaki jest obowiązujący standard pliku z filmem przy videocaście: MP4? AVI? WMF? A jaki kodek? Xvid? MPEG4? Zwariować w tym można. Jeżeli wam nie pójdzie filmik… well, to nie wiem co. Coś zróbcie. Żeby szedł. Mi się już nie chce…

icon for podpress  Jazda testowa: Download

Mój dobry znajomy podcaster Filip Dawidziński z Nie Tylko dla Orłów przygotował kilka obrazków na podróż. Nie wiem jak na was, ale na mnie zrobiły one wrażenie potężne! Dzięki wielkie, Filip!

Jeżeli masz własną stronę, Martin niniejszym prosi i zachęca do umieszczenia na niej któregoś z poniższych obrazków wraz z linkiem do Trip.CompletelyUnprofessional.com.

Martin - Born To Be Wild Trip

(more…)

Pierwszy wpis dźwiękowy przed podróżą! Bo ten blog to także podcast.

Możesz słuchać wpisów dźwiękowych bezpośrednio ze strony albo (lepiej) użyj pliku RSS z programem iTunes, Polcaster, Juice lub innym agregatorem podcastów.

icon for podpress  Born to be wild! [12:41m]: Download

Ci, którzy słuchają mojego podcastu Odwyk lub Koczowiska Dekadencji wiedzą już co się tydzień temu stało.

To, proszę pana, było tak: jadę sobie radośnie z Oświęcimia do Brzeszcz na koncert, z pasażerką nieprzeciętnej urody na pokładzie, aż tu nagle wyrasta na mojej drodze rondo. Se myślę: ch*** tam z rondem. Nie będzie rondo pluć nam w twarz! Ale niestety… rondo zrobiło nagle myk! i podstawiło mi krawężnik pod nogę. To znaczy nie mnie, tylko mojemu rumakowi. Rumak, czyli już zupełnie prozaicznie mówiąc: skuter, wypiździł się był szpetnie, doznając niewielkich obrażeń i zrzucając nas z siodła. Co za złośliwe, wredne rondo (z pewnością jest na usługach wiadomych sił).

A mnie jeszcze trochę rzeczy boli. Ale do podróży się zagoi. Albo przynajmniej boleć przestanie. A jeżeli nie, będę rozbijał namiot jedną ręką, co tylko zwiększy atrakcyjność relacji z rozbijania namiotu.

Niestety podróż się opóźni lekko, bo oddać muszę skuterzycę (bo Aprilia to “ona”) w ręce jakiegoś serwisanta. A tam, i tak to miałem zrobić. Pan fachowiec, niczym ginekolog, profilaktycznie zajrzy jej gdzie trzeba i być może w podróży będzie jeden problem mniej. W końcu mam zamiar zrobić parę tysięcy kilometrów tego lata. Niechaj więc każda śrubka dokręconą będzie, amen.

I to jest, proszę pana, szczyt wyżyn technologicznych! Zrobiłem mapkę, na której będę nanosił trasę podróży, miejsca, które odwiedzałem, zdjęcia, informacje i pomysły gdzie by tu jeszcze jechać.

Mapka znajduje się pod adresem http://mapa.CompletelyUnprofessional.com. Sprawdzajcie raz na jakiś czas, będę tam nanosił nowe miejsca.

Jeżeli znasz interesujące miejsce, które mogę odwiedzić poinformuj mnie o tym! Jeżeli chcesz, żebym wpadł ciebie odwiedzić też mnie o tym poinformuj, a naniosę cię na mapkę! Jestem nieprawdopodobnie towarzyski, zwłaszcza w trakcie tego typu podróży. Poza tym nagram cię, zrobię ci zdjęcia, wywiad i będziesz sławny(a).

Każda podróż powinna mieć nazwę. Zwykle nie mam problemu z wymyślaniem nazw, ale teraz jakoś nic mi nie pasuje. Pomóżcie! Piszcie propozycje w komentarzach… (more…)

Z takim pytaniem w głowie każdy zwykle wchodzi na nową stronę. I dobra strona zaraz na to pytanie odpowiada, żeby czytelnik nie poczuł się zagubiony, sfrustrowany i nie poszedł sobie gdzie indziej.

Nie idź sobie jeszcze. Poczekaj. Zacznij od wstępu, a dowiesz się wszystkiego.